wtorek, 30 marca 2010

Z archiwum - cz. 1

Raz na jakiś czas będę wrzucał swoje stare teksty z poprzednich blogów w ramach akcji "przenieś wszystko w jedno miejsce".

Zachęcony znakomitymi adaptacjami powieści Dennisa Lehane'a - Rzeką Tajemnic i Gdzie jesteś, Amando?, postanowiłem zabrać się za jego najnowszą, ponad 600-stronicową powieść - The Given Day, u nas kompromisowo przemianowaną na Miasto niepokoju. Pomijając tę niefortunną próbę uatrakcyjnienia powieści dla nieobeznanego z autorem czytelnika (chyba na zasadzie skojarzenia Rzeka Tajemnic - Wyspa Skazańców - Miasto Niepokoju), polski tytuł faktycznie ma coś w sobie. W końcu, czytając o Ameryce lat 20-tych XIX wieku widzianą oczyma Lehane'a 'niepokój' to jedno z pierwszych uczuć, jakie niosą za sobą kolejne strony powieści.

Muzycznie

Skoro wstęp mam za sobą, to zacznę nietypowo jak dla siebie, bo muzycznie: utworem ze ścieżki dźwiękowej do "Wrót do piekieł" Sama Raimiego. Kompozytor Christopher Young, który zwykle tworzy aranżacje do horrorów, tym razem stworzył coś zupełnie wyjątkowego. Z jednej strony żonglerka klasycznych motywów, nawiązania do kultury "starego lądu" (z uwzględnieniem także - gdyż jest to też element filmu - muzyki cygańskiej), z drugiej zaś strony - baśniowość mieszająca się z grozą. No i te skrzypce - aż ciarki przechodzą.

Znakomita ścieżka, a oto drobny dowód:

poniedziałek, 29 marca 2010

1.

Witam!

Nazywam się Karol, jestem studentem amerykanistyki (z pracą magisterską "w toku"), mam 23 lata i mieszkam w Warszawie, ale pochodzę z małej miejscowości pod Suwałkami zwanej kiedyś Treuburgiem, ale dzisiaj - Oleckiem.

Warto zaznaczyć od razu na początku, że kocham kino. Filmem interesuję się od dziecka, kiedy to po szkole przychodziłem do pierwszej w naszym mieście (i jedynej, która utrzymała się po dziś dzień) wypożyczalni i kierowałem się natychmiast do półki schowanej w głębi sporego pomieszczenia. Znajdowały się tam horrory. Spędzałem często trochę czasu przed powrotem do domu na wertowaniu starych zakurzonych kaset z czasem makabrycznymi, niepokojącymi, strasznymi, ale głównie kiczowatymi okładkami. I lubiłem to, w ogóle to bardzo lubiłem się bać na horrorach, nawet jeśli oznaczało to kilka nieprzespanych nocy.

Później - zaczynając od "Flinstonów" (pierwszy seans jaki pamiętam), ale przede wszystkim "Króla Lwa" (pierwszy seans, na który poszedłem sam a także początek długoletniej znajomości z pracownikami kina), zaczęły się moje wyprawy do kina. Lubiłem przychodzić zawsze trochę wcześniej i z niecierpliwością patrzeć na zegarek i czekać na kolejnych widzów. Mam wiele dobrych wspomnień związanych z tym kinem.

Oprócz kina lubię też od czasu do czasu poczytać (z różną częstotliwością i skutkiem), posłuchać muzyki, poczytać jakiś komiks, pograć (przygodówki, tudzież klasyki z PSX i PS2, czasem coś innego), a także podróżować. I o tym wszystkim pisać zamierzam: o filmach, które obejrzałem, przeczytanych książkach i komiksach, grach, czasem muzyce (choć tu akurat czuje się najmniej pewnie). Jak wyjdzie - zobaczymy. Życzę przyjemnej lektury.