czwartek, 29 września 2011

"Pluto" czyli egzystencjalnie o AstroBoyu

Pojawienie się na polskim rynku takiej mangi jak "Pluto" to wydarzenie wyjątkowe z kilku powodów. Po pierwsze - jest to tytuł niełatwy i (często) nieprzyjemny, a takie sprzedają się trudno, a wydawcy boją się wprowadzać je na rynek. Po drugie - "Pluto" zupełnie wykracza poza przyjęty przez wielu obraz mangi (i przy okazji anime), jako głupawych historyjek z postaciami o gigantycznych oczach. Jest to też pierwsza wydana w naszym kraju manga Naoki Urasawy - prawdopodobnie najznakomitszego humanisty japońskiego komiksu, o którego "21st Century Boys" i - przede wszystkim - "Monster" zapewne jeszcze tu napiszę. I po kolejne - jest to historia o robotach, które były na wojnie, a teraz mają z tego powodu koszmary. I wyrzuty sumienia.



sobota, 2 lipca 2011

Na fali nostalgii

[artykuł z porzuconego bloga, żeby zapełnić ziejącą tu od długiego czasu pustkę. Ale niedługo napiszę - słowo!]

Dochodzi trzecia, czuję się dość kiepsko (przeziębienie), ale spać mi się nie chce. Myślę sobie o filmie, który dziś obejrzałem, a który zrobił na mnie spore wrażenie, mimo iż ogólnie spotkał się z zaskakującą krytyką. Mówię o „The Boat That Rocked”, znane też jako „Pirate Radio”, czy też – jak kto woli - „Radio na fali”. Ten mały, ale jakże fantastyczny filmik wyszedł spod ręki najwyżej usytuowanego scenarzysty w UK, a mianowicie Richarda Curtisa. Pan od „To właśnie miłość”, czy wcześniejszych „Notting Hill” i „Czterech wesel i pogrzebu” postanowił uraczyć nas czymś z zupełnie innej beczki. Właściwie pasuje tu dość dobrze określenie, iż postanowił „wypłynąć na obce wody”: dotychczas siedzący w kom-romach Anglik zdecydował się na komedię romantyczną sortu nieco innego. Curtis opowiada bowiem, jak zwykle, o miłości. Tyle, że do muzyki.



poniedziałek, 7 czerwca 2010

Na co warto czekać: (1) Scott Pilgrim vs. the World

Ponieważ jestem kompletnie zamroczony sesją (ostatnią!), dziś notka bardzo krótka, a zwracająca uwagę na kolejny (prawdopodobnie) rewelacyjny projekt Edgara Wrighta, czyli twórcę takich perełek jak "Shaun of the Dead" ("Wysyp żywych trupów"...) czy "Hot Fuzz".

wtorek, 18 maja 2010

Sceny warte zapamiętania: "Non Persarci"

Co jakiś czas zamierzam przedstawiać Wam sceny z mniej lub bardziej znanych filmów. Na sceny te - jak wskazuje tytuł posta - warto zwrócić uwagę, bo nawet bez odpowiedniego kontekstu wypadają świetnie. Oczywiście będę się starał wybierać filmy mniej znane.

Aha - sceny pozostawiam bez dłuższego komentarza (poza małym wstępem do fabuły). Niech mówią same za siebie.


Na pierwszy ogień idzie więc "Non Pensarci", włoski film z 2007 roku, który na Nowych Horyzontach można było obejrzeć pod tytułem "Nie przejmuj się".

poniedziałek, 17 maja 2010

Do posłuchania

Piosenka ze świetnego "Jak wytresować smoka" (o samym filmie - i jego kapitalnym soundtracku - więcej wkrótce) chodzi za mną już od jakiegoś czasu. Odpowiedzialny jest za to Jon Thor Birgisson, czyli wokalista Sigur Rós, który to zespół odkryłem przy okazji rewelacyjnego trailera do jeszcze bardziej rewelacyjnych "Ludzkich Dzieci". A skąd w animacji DreamWorks piosenka islandzkiego zespołu? Sprawa jest prosta: twórcy "Jak wytresować smoka" (Sanders i DeBouis) a wcześniej także "Lilo i Stitch" nakręcili dokument o Sigur Rós.

A sama piosenka? Typowa dla zespołu (ich styl - głównie dzięki charakterystycznemu wokalowi - rozpoznać nie trudno), utrzymana w duchu ich najlepszych dokonań, dynamiczna, z prostym ale świetnym tekstem, ładnie współgrająca z duchem i klimatem filmu. Zwróćcie też uwagę na te dwie rewelacyjne pauzy w trakcie, które przewrotnie nadają całości jeszcze większej energii. Prawdziwa muzyczna perełka.

Sticks & Stones



I tak - tekst jest po angielsku (prócz jednej zwrotki). Ale kurcze, ten dziwaczny akcent sprawia tylko, że całość jest jeszcze bardziej ujmująca!

niedziela, 16 maja 2010

Piękny Gniot


troll 2

Gdyby ktoś zapytał mnie, co pamiętam z dzieciństwa wczesnoszkolnego najmocniej, to bez zastanowienia odparłbym: horrory. Każdego dnia powrót do domu po lekcjach przedłużał się o dodatkowe pół godziny (albo i więcej) z powodu obowiązkowej wizyty w wypożyczalni. W przyciemnionym kącie dość sporego pomieszczenia oglądałem wszystkie możliwe okładki, czytałem opisy, a czasami nawet - jeśli właściciel miał dobry humor – udawało mi się coś wypożyczyć. Potem przyszła jeszcze era telewizji satelitarnej i kanałów pokroju RTL7 i Wizja 1 (Rest In Peace), gdzie w weekendowe wieczory zawsze puszczano jakieś słabe (ale wtedy oczywiście przerażające i rewelacyjne) horrory. Właściwie podobał mi się każdy nawet największy gniot (wtedy oczywiście jeszcze "super film!") jaki widziałem w dzieciństwie. Ale było kilka wyjątków. Jednym z nich był „Troll 2”.

troll 2

wtorek, 30 marca 2010

Z archiwum - cz. 1

Raz na jakiś czas będę wrzucał swoje stare teksty z poprzednich blogów w ramach akcji "przenieś wszystko w jedno miejsce".

Zachęcony znakomitymi adaptacjami powieści Dennisa Lehane'a - Rzeką Tajemnic i Gdzie jesteś, Amando?, postanowiłem zabrać się za jego najnowszą, ponad 600-stronicową powieść - The Given Day, u nas kompromisowo przemianowaną na Miasto niepokoju. Pomijając tę niefortunną próbę uatrakcyjnienia powieści dla nieobeznanego z autorem czytelnika (chyba na zasadzie skojarzenia Rzeka Tajemnic - Wyspa Skazańców - Miasto Niepokoju), polski tytuł faktycznie ma coś w sobie. W końcu, czytając o Ameryce lat 20-tych XIX wieku widzianą oczyma Lehane'a 'niepokój' to jedno z pierwszych uczuć, jakie niosą za sobą kolejne strony powieści.